| "Wspomnienia kaszubskich Sybiraków" |
|
|
|
| Wpisał: Aleksandra Kreft | |
| 27.12.2006. | |
Książka jest żywym świadectwem gehenny Kaszubów zesłanych na Sybir. Składają się nań dwadzieścia przejmujących wspomnień ludzi, którzy doświadczyli okrucieństw, których młode pokolenie nawet nie jest w stanie sobie wyobrazić. To są prawdziwi bohaterowie kaszubscy obecnych czasów. Powstawaniu dzieła towarzyszyło ogromne zainteresowanie IPN-u, mediów, także Urzędu Marszałkowskiego, który przeznaczył na jego powstanie specjalne stypendium.![]() Okładka Oto fragment wstępu: Ach Sybir nen przesniti krôj W "Dzienniku Bałtyckim" z dn. 4 września 2001 r. ówczesny prezes Zrzeszenia Kaszubsko - Pomorskiego, prof. Brunon Synak, mówił: "Deportacje Kaszubów są niezbyt znanym epizodem w historii naszej społeczności (...). Należy zrobić wszystko, aby tajemnica deportacji została rozwikłana.". Do tego artykułu, napisanego przez Łukasza Wróblewskiego, odniósł się w liście Stanisław Roszkowski z Kartuz, pisząc między innymi: "To bardzo istotne, że prezes Zrzeszenia Kaszubsko - Pomorskiego widzi konieczność rozwikłania tego epizodu - jak mówi - historii martyrologii Kaszubów". Autor listu wyraził też przy okazji wątpliwość, czy można zwać tę tragedię epizodem. Wszystko zaczęło się jednak znacznie wcześniej. W 1992 roku ZKP wraz z Instytutem Pamięci Narodowej rozpisało konkurs na wspomnienia pomorskich sybiraków. Głównym jego rzecznikiem był dr Konrad Ciechanowski. O efektach konkursu napisał ówczesny wiceprezes Zarządu Głównego ZKP, Jerzy Kiedrowski w Naszym Tygodniku Kartuzy z dn. 5 czerwca 1992r. Czytamy w nim między innymi: Jury w składzie: red. Krystyna Puzdrowska, dr Konrad Ciechanowski, i mgr Witold Tyczyński za najlepsze uznało wspomnienia Romana Klebby z Gdyni "Długie czekanie". Praca Stanisława Roszkowskiego z Kartuz "Lata 1939, 1940-1946 w moich wspomnieniach" otrzymała drugą nagrodę. Trzecią nagrodę przyznano Czesławowi Kobierowskiemu za "Wspomnienia z obozów w Baszkirii", czwartą i piątą nagrodę otrzymały wspomnienia Barbary Ziółkowskiej z Tczewa i Anny Kos z Chmielna. Przyznano też siedem wyróżnień: Janinie Roraf z Lęborka, Jadwidze Otlewskiej z Nowego, Czesławowi Mazurowskiemu z Sopotu, Janowi Juście z Ritterhude (Niemcy), Franciszkowi Polaszkowi z Jabłowa, Franciszkowi Wegnerowi ze Stobna i Władysławowi Wickiemu z Prokowa. Nagrodzone i wyróżnione prace organizatorzy konkursu zamierzają opublikować w specjalnym zbiorze wspomnień pomorskich sybiraków". Mimo tej deklaracji i kilkakrotnych apelów prasowych nie udało się Zrzeszeniu pozyskać funduszy na sfinalizowanie dzieła. 1.09.1993r., w "Dzienniku Bałtyckim" znajdujemy kolejne informacje: "Książka pt. "Wspomnienia pomorskich sybiraków" ma mieć 20 arkuszy wydawniczych (365 stron maszynopisu). Przewidywany nakład - 5 tys. egzemplarzy". Po śmierci Konrada Ciechanowskiego, wydawało się jednak, że sprawa definitywnie upadła. Jedynie Stanisław Roszkowski nie tracił nadziei. Przełomowym był kolejny list opublikowany w "Naszym Tygodniku Kartuzy" z 10 marca 2000r. Napisał go wraz z Wacławem Czarneckim, gdzie po raz kolejny zaapelował, by doprowadzić "do opublikowania wspomnień Kaszubów - Sybiraków". Inny apel wyraził w "Gazecie Kartuskiej" z dn. 8 maja 2001r. w artykule "Pamiętne rocznice", który ze względu na wielość zawartych w nim informacji, warto zacytować niemal w całości. Minął rok 2000, m. in. Rok 60-lecia tragicznych wydarzeń w historii naszego narodu - mordu katyńskiego i deportacji tysięcy rodzin polskich w głąb b. ZSRR, zwłaszcza do Kazachstanu. Po wielu staraniach polskich władz Trzeciej Rzeczypospolitej, Stowarzyszenia Wspólnota Polska i organizacji Rodzin Katyńskich, w miejscach mordu Polaków w Katyniu, Charkowie i Miednoje powstały nekropolie zbiorowych mogił pomordowanych na nieludzkiej ziemi. Oficjalne uroczystości towarzyszące otwarciom cmentarzy z udziałem władz państwowych Rzeczypospolitej Polskiej i organizacji Rodzina Katyńska stały się ważnym czynnikiem kształtowania zbiorowej pamięci narodowej Polaków i patriotyzmu, zwłaszcza młodego pokolenia. Patriotyczne uroczystości w miejscach pomordowanych niewinnych Polaków - oficerów Wojska Polskiego, Policji Państwowej, Żandarmerii, żołnierzy KOP i wybitnych przedstawicieli polskiej inteligencji były głębokim hołdem ofiarom zbrodniczego mordu popełnionego na Polakach, tylko za to, że byli Polakami. Uroczystości upamiętniające pomordowanych Polaków stały się także niejako przesłaniem skierowanym do wszystkich Polaków, a zwłaszcza do młodego pokolenia o trwałą pamięć. Głęboką wdzięczność żywią rodziny polskie pomordowanych w Katyniu, Charkowie i Miednoje ojców, mężów i synów władzom RP, wszystkim organizacjom i ludziom dobrej woli, za wielki wkład w dzieło godnego upamiętnienia podstępnie zgładzonych Polaków. Wśród nich jest i mój ojciec, który spoczywa w Miednoje, internowany pamiętnego 17 września 1939 roku z kresów wschodnich do obozu w Ostaszkowie. Po latach przerwana została zmowa milczenia i nikczemne kłamstwa zbrodniczego systemu sowieckiego o pomordowanych Polakach. I to stanowi ważny fakt godny nie tylko odnotowania, ale i trwałego upamiętnienia. W ślad za internowanymi do Ostaszkowa, Kozielska i Starobielska Polakami nastąpiły masowe deportacje ich rodzin do ZSRR, w głównej mierze do Kazachstanu. Tam i w innych rejonach b. ZSRR rozgrywał się dramat tysięcy polskich rodzin - żon, dzieci i rodziców internowanych do obozów, ich ojców, mężów i synów. Po zakończeniu drugiej wojny światowej wiele z tych rodzin, przeżywszy zesłanie, wróciło do kraju. Fakt ten odnosi się głównie do Polaków internowanych w 1940 roku. Pozostaje nadal wielotysięczna rzesza Polaków wywiezionych do Kazachstanu w 1936, którzy po pierwszej wojnie światowej znaleźli się w granicach powstałego po tej wojnie ZSRR. Wielu z nich pragnie wrócić do Polski - kraju swoich ojców. Względy polityczne powodowały, że nie mogli oni wrócić do kraju w okresie Polski Ludowej. Polityczne warunki powrotu do kraju wielu Polaków powstały po 1989 roku, w rezultacie transformacji ustrojowej w naszym kraju. Ale nowe władze Trzeciej Rzeczypospolitej nie podejmowały kroków umożliwiających powrót do kraju rodaków z Kazachstanu, motywując to faktem, że kraj nie jest przygotowany, ze względów gospodarczych, na masową repatriację Polaków z Kazachstanu. Trwały więc naciski ze strony Stowarzyszenia Wspólnota Polska i Stowarzyszenia Sybiraków na rząd polski i organy samorządu terytorialnego, zmierzające do tworzenia prawnych, organizacyjnych i ekonomicznych warunków powrotu rodaków z Kazachstanu do Polski. Repatriacja postępowała, ale w nielicznych jednostkowych przypadkach, głównie z inicjatywy niektórych władz gminnych. Ostatnia ustawa o repatriacji przyjęta przez sejm stwarza nowe korzystne warunki i możliwości powrotu do kraju Polaków z Kazachstanu. Tym rodakom, którzy pragną wrócić do kraju trzeba ten powrót ułatwić. Doniosła rola przypada organom samorządu terytorialnego. Niektóre z nich ułatwiły powrót do kraju wielu rodzinom polskim. W regionie kaszubskim - jak dotąd, co wynika z relacji prasowych - uczyniły to władze samorządowe Kościerzyny, wyprzedzające, jak zwykle w wielu dziedzinach, Kartuzy. Teraz, gdy ustawa stworzyła korzystne warunki, ułatwiające rodakom osiedlenie się w Polsce, władze samorządowe Kartuz i innych miejscowości regionu kaszubskiego i innych regionów województwa pomorskiego powinny podjąć się repatriacji rodaków. Jak dotąd nie jest znany fakt, aby którakolwiek z gmin naszego regionu, poza wymienioną tu Kościerzyną, podjęła się osiedlenia na swoim terenie rodziny polskiej z Kazachstanu. Chwała więc Kościerzynie, która jako jedyna z kaszubskich gmin w sposób rzeczowy i z sercem odniosła się do apelu wspólnoty Polskiej w przedmiocie osiedlania na swoim terenie Polaków z Kazachstanu. A ponieważ - podobno - przykłady mają zaraźliwą moc skutecznego oddziaływania, można chyba liczyć na to, że apel wspólnoty Polskiej znajdzie odzew we wszystkich gminach naszego regionu i godnych naśladowania Kościerzyny. [...] Fakty, które traktują o naszej Polaków martyrologii, powinny być udokumentowane - utrwalone dla historii. To samo dotyczy historii naszego kaszubskiego regionu i losów Kaszubów w okresie II wojny światowej i skutków, jakie wywarła ona na ludzi. Dotyczy także Kaszubów deportowanych do ZSRR w 1940 i 1945 roku. Wśród nich znalazła się moja rodzina. Tymczasem udokumentowane wspomnienia ostatnich żyjących jeszcze świadków wydarzeń, o których piszę powyżej, wspomnienia Kaszubów - Sybiraków, zgłoszonych na konkurs w 1992 roku i nagrodzone, dotąd nie zostały opublikowane w zbiorowym wydaniu, z nieznanych nikomu względów. Pomimo moich apeli kierowanych do działaczy Zrzeszenia Kaszubsko - Pomorskiego z Zarządem Głównym i z zarządem miejsko - gminnym, ZKP nie podjęło żadnych kroków zmierzających do opublikowania wspomnień Kaszubów - Sybiraków. A przecież głównym organizatorem konkursu na wspomnienia Kaszubów - Sybiraków był Zarząd Główny ZKP. Czyżby ten rozdział historii Kaszubów nie zasługiwał na uwagę, na zapis historyczny dla pamięci potomnych. Jeśli tak, to dlaczego? Czy Kaszubi nie chcą mieć nic wspólnego z losami ich braci Kaszubów - Sybiraków. Przecież losy Kaszubów - Sybiraków, deportowanych do ZSRR opisane w ich wspomnieniach wzbogacają ich historię Kaszubów i Kaszub. Martyrologia jest też częścią historii Kaszubów. [...] Te apele pogłębione własną wiedzą i wrażeniami zdobytymi po obejrzeniu wystawy "Pro memento" zorganizowanej w jednej z hal sopockiego hipodromu, zmobilizowały do działania. W Sopocie wyeksponowane były też wspomnienia Władysława Wickiego z Prokowa, którego znałem osobiście z racji pochodzenia, ale także dzięki realizacji z nim materiału filmowego do programu "Rodnô Zemia". Dzięki programowi znałem też innych zesłańców, którzy wspomnień dotąd nie spisywali. Nie bez znaczenia była tu dramatyczna historia Gertrudy Jutrzenki - Trzebiatowskiej, która dzięki staraniom Benedykta Reszki - człowieka wielkich zasług dla utrwalenia historii Kaszubów, wróciła z zesłania po ponad pięćdziesięciu latach do rodzinnego Borowego Młyna w powiecie bytowskim. Ostateczna myśl ukształtowała się w ten sposób, by wydać książkę pod tytułem "Wspomnienia kaszubskich sybiraków". Do tego należało zebrać i spisać jeszcze kilkanaście relacji zesłanych Kaszubów w czasie wojny i tuż po wojnie. Rozpoczęła się praca. Niebawem okazało się, że zesłania na Sybir były kolejnym tragicznym fragmentem historii Kaszubów. Dotknęły - wbrew temu co się powszechnie sądzi -bardzo dużo rodzin. Dla przykładu z samej wioski Skrzeszewo pod Żukowem wywieziono aż szesnaście młodziutkich dziewcząt. Paradoksalnie można rzec, że miały one szczęście, bo się nawzajem wspierały. Dzięki temu zmarła "tylko" jedna z nich. Pozostałe powróciły po około trzech latach nieludzkiego traktowania i ciężkich prac. Takiego szczęścia nie miały urodziwe siostry Baumgart z Kartuz, czy zesłańcy - koledzy Władysława Wickiego. O tragicznych losach Kaszubów możemy dziś przeczytać w wielu publikacjach, między innymi bezcennych pracach Benedykta Reszki "Czas zła" (Gdańsk 2001), czy "Ich losy" (Rumia - Borowy Młyn 2005). Z samej parafii Borowy Młyn wywieziono 36 osób, z czego 13 zmarło w łagrach, a aż 20 zamordowali bolszewicy po wkroczeniu do wsi, w tym wiele kobiet w następstwie gwałtów. Z tej części Kaszub jest też Alfons Kiedrowski, który sam obszernie opisał swoje przeżycia, a oficyna Czec z Gdańska wydała je w formie książkowej (Gdańsk 2003). Wcześniej temat ten podejmowali redaktorzy Stanisław Janke i Edmund Szczesiak w książce "Kolce syberyjskiej róży" (Gdańsk 1990). W innych nowych książkach i publikacjach prasowych coraz częściej poruszany jest ten temat, na przykład w świeżo wydanej pracy ks. dra Leszka Jażdżewskiego o tytule "Historia wsi Korne", czytamy między innymi: "Gehenny mieszkańców Kornego nie przerwało wyzwolenie wsi przez wojska radzieckie w dniu 8 marca 1945 roku. Nastąpiło to w wyniku ofensywy styczniowej wojsk z Frontu Białoruskiego pod dowództwem marszałka Konstantego Rokossowskiego. Wojska tegoż frontu w dwóch operacjach wschodniopruskiej oraz pomorskiej wyzwoliły w okresie od stycznia do maja 1945r. większość ziem wchodzących w skład Reichsgau Danzig - Westpreussen. Dzięki tej operacji mogły powrócić z Potulic już w styczniu 1945r.wysiedlone przez Niemców rodziny. Obóz w Potulicach został rozwiązany w styczniu 1945 roku wraz ze zbliżaniem się frontu. W wyniku tego wysiedlone rodziny oraz te, które były we wsi, przez całą okupację przeżyły dramat związany z wkroczeniem wojsk radzieckich. Z chwilą wkroczenia Armii Czerwonej żołnierze radzieccy dopuszczali się bezprawnych rewizji, napadów i gwałtów. Nikt dotąd nie obliczył, jak wielkie straty wskutek rabunkowej polityki Rosjan poniesiono na terenie Pomorza Gdańskiego. Po zajęciu Kornego część żołnierzy pozostała we wsi, aby pilnować lotniska, z którego startowały radzieckie samoloty bombardujące Gdańsk. Nastąpiło aresztowanie osób, które jeszcze pozostały we wsi. Osoby te zostały wywiezione do ZSRR. Niektóre z nich zmarły w drodze. Józef Burandt zmarł w obozie w Grudziądzu w maju 1945r. dokąd został wywieziony przez wojska radzieckie. Alfons Rezmer młynarz zmarł w Białoresku na Uralu pod koniec listopada 1945r. Józef Pollak, został wywieziony do obozu koło Moskwy, gdzie zmarł. Natomiast los wywiezionych do ZSRR Franciszka Jereczka i Waleriana Cyry jest nieznany." Mimo tej wiedzy - jak stwierdza Piotr Szubarczyk z Instytutu Pamięci Narodowej w Gdańsku - pełen obraz tej martyrologii pozostaje wciąż białą plamą w historii Kaszub. Jednak sami Kaszubi, zwłaszcza najstarsze pokolenie, wciąż ma w pamięci bezeceństwa, których dokonywali sowieccy żołdacy. Dla nich - nawiązując do słów z cytowanego na początku artykułu - nie było to tajemnicą. W domach często opowiadano o "wyzwoleniu". W języku kaszubskim przyjęło się określać koniec wojny terminem "pň ruskach", co podkreśla, jak bardzo Kaszubi odczuli wkroczenie wojsk sowieckich. Temat ten bardzo często wracał przy okazji spotkań z sąsiadami, zaś podczas niemal każdej z domowych uroczystości śpiewano przepiękną - bardzo melodyjną - pieśń. Jej kaszubską wersję pozwolę sobie zacytować w całości: Ach Sybir nen Ju miesądz wszedł i zeza blón Szôł nocnëch dëchów nëkô gón Od nordë wiater ostri żgô Do boru soból chowie sa A wszadze sniég jak sygô zdrok I górë z lodu cawny rok. Na taczi straszny wëszedł gruńt Opiarti o jachtarsczi flint Młodëchny bëniel z polsczich bróm Wëgnóny do sybirsczich strón I tësznym oka wzérô w dôl, Dze leżi jego polsczi krôj. Szczeslëwi ojc - ce smierc wza ju I mie nick gorzi nie je tu. Le të mój mulku, z cebie céń Të w płaczkach toniesz w noc i w dzéń. Z twich oczu płom wëgasłi je Teskniączka za mną serce rwie. W cerpienim tim go chwôcył mróz I z bëna żôl mu scësnął głos, Ostatnô z oczu wëszła łza Do nieba prosto dësza szła. Ach Sybir nen, przesniti krôj, W nim nigdë nie zakwitnie môj. W rodzinnej pamięci jej autorstwo przypisywano Kaszubie, który powrócił z Sybiru w jeszcze dawniejszych czasach, zapewne po powstaniu styczniowym. Wówczas również Kaszubi byli zsyłani na Syberię, z tą różnicą, że nie podróżowali w bydlęcych wagonach, tylko przez większość drogi szli pieszo. Zaprawdę trudno sobie to dziś wyobrazić, ale tak było, co najlepiej potwierdza historia ks. Alfonsa Muchowskiego (patrz:. Aneks). I wówczas, i po ostatniej wojnie, dyskryminacja zesłańców nie kończyła się na powrocie z Sybiru. Byli oni tak zastraszeni, że woleli milczeć przez dziesiątki lat z obawy o dalsze represje. Do dziś niektórzy wolą nie wspominać o tamtych wydarzeniach. Wraz z nimi odchodzą w mroki niepamięci ich tragiczne przeżycia. Nikną także szanse na uzyskanie jakichkolwiek informacji o innych zesłańcach z Kaszub, którzy spoczęli w sybirskiej ziemi. Śledząc korespondencję, w której zesłańcy ubiegali się o prawa kombatanckie już w latach 90. ubiegłego stulecia, trudno oprzeć się wrażeniu, że urzędy odpowiedzialne za opiekę nad ofiarami wojny, robiły co mogły, byleby nie przyznać należnych im uprawnień. Szczególny wymowny jest przykład Kaszubki z Lęborka, Janiny Roraf, którą w karkołomnych staraniach o przyznanie praw kombatanckich pomagał znany pisarz i działacz kaszubski, Stefan Fikus. Po wielokrotnych odmowach wszelkiego rodzaju komisji weryfikacyjnych (dokumentacja ta liczy około 30 stron maszynopisu), zdecydowała się 8 kwietnia 1995napisać do Rzecznika Praw Obywatelskich. Oto treść tego listu: Ja, niżej podpisana zwracam się do Szanownego Pana Rzecznika Praw Obywatelskich w następującej sprawie. Dnia 03.03.1945 roku zostałam wraz z innymi kilkudziesięciu obywatelami naszej wsi i okolic pow. Świecie po prostu porwana i wywieziona na Ural koło Czelabińska, a konkretnie do kopalni Kopejsk, potem praca na torach i w kołchozie. Każdy wie jaka tam była praca i jakie warunki, wielu ludzi już stamtąd nie wróciło do domów. Nasz powrót do Polski przypadł w dniu 28.10.1945 r. do Poznania , skąd otrzymałam zaświadczenie powrotu nr 121207 na nazwisko Janina Dorożynska, bo takie było moje nazwisko panieńskie. Zaświadczenie takie wydawał Państwowy Urząd Repatriacyjny w Poznaniu. Rosjanie nikomu nie wydawali żadnych zaświadczeń o pobycie na Uralu. Od pięciu lat staram się o uzyskanie jakiegoś dokumentu z pobytu na Uralu i niczego nie mogę wskórać. W tej sprawie pisałam do różnych urzędów i niczego nie wskórałam i to do następujących: 1. W dniu 7.6.1993 r. do Dyr. w Czelabińsku o moim tam pobycie, ale niczego nie znaleźli; 2. Dnia 30.7 wysłałam oświadczenie - wniosek z życiorysem. Następny wniosek - oświadczenie w dniu 27.12.1990; 3. Dnia 01.2.1992 r. wysłałam list do Dyr. Archiwum Akt Nowych w Warszawie wraz z nowym kwestionariuszem; 4. Dnia 27.8.1992 wysłałam do Archiwum Państwowego miasta poznania i województwa Poznańskiego poświadczenie mego przyjazdu z Uralu; 5. Dnia 25.9.1992 r. wysłałam uwagi uzupełniające do głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko narodowi Polskiemu; 6. Dnia 7.6.1993 r. wysłałam list do Dur. Archiwum w Czelabińsku; 7. Dnia 25.4.194 r. wysłałam list w tej sprawie do Ambasady RP, Wydział Konsularny w Moskwie ul. Klimaszkina 4. Do tego czasu nie otrzymałam żadnej wiadomości. Do wszystkich tych listów załączałam odpisy zaświadczeń moich i świadków, które tutaj wymienię: a) zeznanie świadka Ireny Kublt ze Zdrojewa pow. Nowe n/Wisłą b) zeznanie świadka Heleny Bocian z Gajewa pow. Nowe n/Wisłą c) przepustka nr 121207 na moje panieński nazwisko Janina Drożyńska wystawione prze Państwowy Urząd repatriacyjny w Poznaniu w dniu 24.10.1945 roku; d) Przepustka nr 132680 wystawiona na świadka Irena Sworzyńska wystawione również przez PUR w dniu 24.10.1945 r.; Te wszystkie kopie i zaświadczenia oraz dowody nadania listów poleconych przez pocztę nr 9196 oraz nr 49080 dołączam do niniejszego listu. Nie chodzi teraz o jakieś wielkie sprawy, ale o prawdę mego pobytu na przymusowych pracach na Uralu w miejscowości Kopejsk k/Czelabińska. Przecież muszą być jakieś ślady o naszym pobycie tam. [...] Listy w imieniu znajomej pisał także sam Stefan Fikus, osobiście również ciężko doświadczony przez okrucieństwa wojny, tyle że ze strony Niemców. Jako publicysta swoje monity wysyłał do prasy, nie mogąc się zgodzić ze zmową milczenia wobec pokrzywdzonych sybiraków, czy wręcz z niewiedzą, jaką wykazywali niektórzy znani i skądinąd zasłużeni politycy. Oto jeden z listów wysłany do redakcji "Dziennika Bałtyckiego", który zawiera też mnóstwo informacji o wywiezionych oraz atmosferze, jaka panowała wokół nich. W "Dzienniku Bałtyckim" z dnia 4.09. w rubryce "Pomorze" ukazała się wzmianka o tych, co z Kaszub z Pomorza zostali wywiezieni na Sybir do marca 1945 r. w zgodzie z rządem ówczesnym polskim, za zgodą Wł. Gomułki i Osóbką - Morawskim. Ta sprawa nam jest znana od dziesiątków lat, tym co się interesują okupacją, stanem powojennym i większymi prześladowaniami Polaków i Kaszubów, zwłaszcza Kaszubów za czasów Bieruta i Gomułki. Naturalnie o tym rozmawiać czy opowiadać surowo było zabronione, ponieważ wracający stamtąd Polacy musieli się zobowiązać i podpisać orzeczenie po przekroczeniu granicy na Bugu, potem w PUR w Poznaniu, że nigdy nie byli wywiezieni za Ural i dalej. Żadnych dokumentów nie otrzymywali, jedynie w Poznaniu w PUR zaświadczenie, że wracają do kraju. Przez cały czas nie wolno było o tym wspominać, nawet kiedy te sprawy już można było ujawnić, czyli zesłani na Syberię po 1939 r. z byłych Kresów Wschodnich czy żołnierzy AK. Te sprawy już odtajniały i można opisywać do woli natomiast sprawa zesłania Kaszubów nie tylko w marcu, bo spotykałem ludzi, którzy wracali z robót przymusowych po zajęciu terenów przez Sowietów do samej Odry, czyli w miesiącu kwietniu, kiedy wracali z niewoli niemieckiej czy robót przymusowych, to wyłapywano polskich robotników i kierowano na Syberię. Najwięcej jednak wychwytywano w marcu 1945 kiedy zajmowano tereny Pomorza, tereny Kaszub, bo ta nacja była zawsze przetrzebiana, przed wojną również, ze to nie są właściwi Polacy. W wywiadzie "Dziennika" z marszałkiem województwa pomorskiego, J. Zarębskim, twierdzi on, że nigdy o tym nie słyszał. Mnie to bardzo dziwi, moją znajomą Janinę Roraf również, iż taki polityk, naukowiec działający na terenie Kaszub i Pomorza nie zna tych spraw. Mnie to bardzo dziwi, widać nie czyta gazet, broszurek czy "Pomeranii", która pierwsza ogłosiła konkurs na wspomnienia kaszubsko-pomorskich Sybiraków. Jej mąż był w Gryfie Pomorskim i nie doczekał się uznania ani odpowiedniej rehabilitacji, będąc stale niepokojony przez odpowiednie służby. Na podstawie apelu niektórych naukowców i poprzez "Pomeranię", skłoniłem kol. Janinę Roraf, z domu Drożyńską, aby przypomniała sobie, zebrała jakieś dokumenty, nawet poprzez ambasadę radziecką/rosyjską by odtworzyć losy tamtych ludzi, zesłanych nie tylko z Pomorza, ale Śląska i Wielkopolski, jednak najwięcej z Kaszub. Nie tylko był Czelabińsk, ale i inne tereny Syberii, gdzie tysiącami ich wywieziono na katorżnicze prace. Ginęli też codziennie setkami. Wczoraj jeszcze omawialiśmy jej przeżycia i ten okres pamięta jak dziś, nędza, bagno i upodlenie w lagrach Czelabińska i Kopejska. Dopiero zesłani z Pomorza zrobili tam jakiś porządek, porobili tak drogi i ścieżki do kopalń i obozów, bo musieli po kolana w błocie tłustej ziemi chodzić. Z uznaniem wspomina starego wachmanna Mongoła czy Czeczena, który ich zawsze ostrzegał i dobrze opiekował się mini, przynosząc chociaż coś do jedzenia.. Początkowo ludność tamtejsza została poprzez gazety i radio poinformowana, że przywieźli wielkich bandytów, zdrajców narodu radzieckiego, ludzi groźnych i niebezpiecznych, by nie mieli z nimi kontaktu. Kiedy jednak tamtejsza ludność zorientowała się, że to nie żadni bandyci tylko niewinnie zesłani, młodzież, niewiasty i chłopcy, stosunek radykalnie się zmienił. Przynosili jedzenie, zwłaszcza tłuszcze i cebulę, bo oni nie otrzymywali żadnych tłuszczów, jedynie chleb. Dziwię się niektórym politykom, że nie zapoznali się z ludnością kaszubską należycie, bo ci co trzymali za Polskę przez lata okupacji to nie tylko byli bardzo prześladowani przez samych Niemców, ale i rząd Bieruta i Gomułki. Ogólnie uważano przez wiele lat, że na Pomorzu byli sami Volksdeutsche i zdrajcy. Odczułem to sam, kiedy czyniłem starania do wejścia do dawniejszego ZBOWiD-u. Wielu moich kolegów i znajomych przeżywało to samo, chociaż byli w obozach, w niewoli, ale pochodzili z Kaszub czy Pomorza. Tymczasem tutejsza ludność najwięcej wykrwawiła się w przeciągu okresu wojny, ale jeszcze po wojnie. Namówiłem p. Janinę Roraf, by przekazała redakcji "Dziennika" jej wspomnienia, za które na konkursie o wspomnieniach kaszubskich otrzymała zdaje się pierwszą czy drugą nagrodę. Odbierała ją w Wojewódzkim Urzędzie osobiście. Dzięki "Pomeranii" sprawa została odtajniona i ujawniona. W Lęborku żyje ona jedynie sama, nie wie czy ktoś jeszcze żyje z jej znajomych i dawnych Sybiraków, bo nikt się tym nie interesował, nawet wyśmiewano się z niej, że jakaś Kaszubka mówi o zsyłce na Sybir, zawsze byli to ludzie zza Buga, z Powstania Warszawskiego, ludzie dawnych Kresów, ale z Kaszub i Pomorza? Zatem załączam jej wspomnienie z Sybiru z odpowiednimi dokumentami, które jeszcze zdążyła zebrać. Z poważaniem Stefan Fikus Dnia 07.09.2001 r., Lębork Podobnie było w przypadku wielu innych. Gertruda Stolc z Borcza w gminie Somonino, pisała do Urzędu ds. kombatantów i Osób Represjonowanych w Warszawie. Na skutek licznych pism otrzymała odpowiedź z dn. 30 sierpnia 1993 r., podpisaną przez kierownika urzędu, w której tenże napisał: "Na podstawie art. 22 ust.1 w związku z art. 21 ustawy z dnia 24 stycznia 1991r. o kombatantach oraz niektórych osobach będących ofiarami represji wojennych i okresu powojennego (Dz.U. nr 17, poz. 75 z późn. zm.) odmawiam Gertrudzie Stolc przyznania uprawnień określonych w wyżej wymienionej ustawie". W uzasadnieniu podaje: "Zgodnie z ustawą z 24 stycznia 1991 roku o kombatantach oraz niektórych osobach będących ofiarami represji wojennych i okresu powojennego, kombatantami są osoby, które położyły szczególne zasługi w walce o suwerenność i niepodległość Polski w formacjach wojskowych i innych organizacjach niepodległościowych, a także osoby represjonowane z powodu tej walki bądź z przyczyn politycznych, religijnych i narodowościowych (za polskość). Jak wynika z dokumentów żadna z wymienionych wyżej przyczyn w Pani przypadku nie występuje. Zgodnie ze stanem faktycznym została Pani wywieziona do ZSRR w marcu 1945r. z Borcza do pracy przymusowej do miejscowości Szadrińsk, a następnie Kurgan w Czelabińskiej Obłasti w ZSRR i pracowała Pani w Roboczym Batalionie do sierpnia 1948r. Przepisy ustawy nie odnoszą się do osób, które zostały wywiezione na teren ZSRR do pracy. Wykonywanie pracy przymusowej w ZSRR podobnie jak i w obozach pracy III Rzeszy Niemieckiej w czasie II Wojny Światowej nie stanowi podstawy do ubiegania się o uprawnienia kombatanckie. Z tych względów należało orzec jak w sentencji decyzji". Musiały minąć kolejne lata, które pozwoliły zweryfikować krzywdzące decyzje. W "Nordzie" z 29 zélnika 2003r. w wypowiedzi Gertrudy Stolc, czytamy już: Na Syberii przebywałam od 10 marca 1945 do 23 sierpnia 1948 roku. W czasach komunistycznych w ogóle nie można było o tym mówić. Dopiero na początku lat dziewięćdziesiątych rozpoczęłam starania o odszkodowanie i rentę wojenną. W 1993 roku odmówiono mi wszelkich praw do jakiejkolwiek rekompensaty. Dopiero przed trzema laty zmieniono tę decyzję. Wtedy otrzymałam uprawnienia kombatanckie i dodatek do emerytury za represje okresu powojennego." Nie inaczej było w przypadku Klary Blok, która wraz z rodzoną siostrą została pojmana w Żukowie, gdzie mieszkała przed i w czasie wojny. Miały zaledwie po kilkanaście lat. Po wojnie obie przeprowadziły się do Bytowa, gdzie do dziś żyje tylko Klara. W przypadku Janiny Roraf z Lęborka było podobnie. Obecnie - jak stwierdza - otrzymuje 35 zł dodatku do swojej emerytury. Tyle za lata głodu, doznanej przemocy, upokorzeń - nie tylko na Sybirze. Ale sybiracy już nie protestują. Bo już niewielu ich pozostało. Ci, co doczekali współczesnych nam czasów, chcą tylko pełnego wyjawienia prawdy. Chcą, by przetrwała ona także, gdy spoczną już ostatni z nich, na szczęście już na swojej rodzinnej, kaszubskiej ziemi. Ich los niech będzie przykładem dla młodych pokoleń, do czego może doprowadzić nieludzki system totalitarny, zarówno faszyzm jak i komunizm. Oby nigdy nie powrócił pod postacią jakiejś współczesnej przetworzonej formy, w której nie ma miejsca na wartości odwieczne i najwyższe. Bo tylko one właśnie były największym orężem zesłańców w walce o przetrwanie i one przyniosły ostateczne zwycięstwo. Dlatego z radością i nadzieją należy przyjąć dar kaszubskich sybiraków w postaci tych wspomnień. Z radością też należy odbierać wszelkie inne formy utrwalania tej pamięci, jak na przykład sprowadzenie domu sybiraka do Centrum Edukacji i Promocji Regionu w Szymbarku oraz organizowane tam Światowe Dni Sybiraka. Wiele więcej nie trzeba, bo i tak nikt ani nic nie jest w stanie zrekompensować krzywd. Nikt też z Nich niczego nadzwyczajnego - oprócz prawdy i godnego życia - nie wymaga. Tak jak w pięknym i wzruszającym wierszu napisanym, po wielu latach przez Annę Kos, w przypływie wspomnień, które powracać będą zawsze - do ostatnich dni. Łagier Szadryńsk 1945 Na dalekiej zimnej Syberii Za pięknym Uralem Nad Jenisejem w dalekim kraju W Szadryńskim lesie Na przeszło czterdziestostopniowym mrozie Za potrójnym drutem kolczastym Spędziłam lata mojej smutnej młodości W nieludzkim obozie. Leżąc na gołej pryczy W zimnej ziemiance Nie mogąc zasnąć z głodu Gdzie kilku sołdatów z karabinami Gotowymi do strzału na każdym rogu Gdzie tłuste szczury pełzając wokół pryczy Czając się żeby umierającemu obgryźć nogę Gdzie wszy szturmem atakowały Moje wychudzone ciało. Na powierce - apelu Godzinami stałam w szeregu Tak mało mi było do szczęścia potrzeba Marzyłam tylko o dalekim domu I kawałku chleba. Eugeniusz Pryczkowski |
|
| Zmieniony ( 18.04.2008. ) |
| « poprzedni artykuł |
|---|








